Tak więc ostatki lata.
Owijam się miękką chustą, słodko cierpki smak imbirowego piwa.
Zamykam oczy i znowu czuję...
Twoje usta na mojej szyi
Twoje ręce na moich plecach
Twoje stopy splecione z moimi...
Nie, ja nie piszę wierszy.
Jak to jest, że czasem tak bezbłędnie, instynktownie widzimy w ludziach to, co oni starają się za wszelką cenę ukryć? Jak to jest, że czasem można zajrzeć tak głęboko do środka kogoś? Przez te wszystkie mury, maski, bariery, pozy... dostrzec coś nagiego, bezbronnego...
Jak to jest, że czasem spotykasz na swojej drodze człowieka i od razu wiesz, że nie przemknie przez Twoje życie bez śladu? Jak to jest, że czasem, bez słów, bez najmniejszego wysiłku, czasem nawet bez potrzeby, następuje jakieś ... hmm... "zaskoczenie", "załapanie" tej drugiej osoby. I wiesz dokładnie co w niej/nim tyka.
I czy to błogosławieństwo jest, czy przekleństwo? I co z tą wiedzą zrobić? Czy to jakiś przeostrzony zmysł obserwatora? Czy nadwrażliwość odbioru? Hmm... wiecie o co mi chodzi?
Spotkałam na swojej drodze takich osób, niektóre z nich wciąż są w moim życiu, niektóre już nie. Spotkałam też takich, którzy we mnie potrafili to coś zobaczyć, wydobyć coś dla innych niedostępnego. Niektórzy wciąż są w moim życiu, niektórych już nie ma. Ci, których już nie ma zabrali ze sobą jakąś cząstkę i czasem smutno mi z tego powodu. Ale taka jest cena tego, że byli w ogóle. Hmm... wiecie o co mi chodzi?
Czemu o tym piszę? Bo trzy dni temu właśnie straciłam taką osobę. Może tak naprawdę straciłam ją pół roku temu, ale przez ostatnie pół roku jeszcze była nadzieja. A ja z właściwą sobie upartością- nie odpuszczałam. Trzy dni temu stało się jednak oczywiste, że nic nie da się już poskładać. Że oto nadszedł czas, punkt, gdzie nasze ścieżki się rozchodzą. I nie ma już nadziei. Jak to przeboleć? Normalnie, powiecie zapewne, przyjaźnie się rozpadają. Taka kolej rzeczy. Zagryzam więc zęby i idę dalej, bo ileż można opłakiwać normalne przypadłości życia?
***
Czemu ten wpis ma tytuł Leah? Bo od tego dziewczęcia zaczęła mi się myśl, to o niej miałam pisać. Tylko wstęp mi się jakoś za bardzo rozwinął.
Leah ma 23 lata i nikt jej w pracy nie lubi. No, może oprócz facetów, ale dla nich istnieje tylko jako "best-blow-job-lips Leah" albo "shag-anyone-anythime Leah" albo "fake-boobs Leah".
Dla reszty istnieje jako najbardziej wulgarna, bezpośrednia i bezwstydna osoba jaką znają. Bez najmniejszej żenady opowiadająca o tym kogo ostatnio przeleciała i w jakiej pozycji pomiędzy przygotowywaniem wizy do Hiszpanii a odnawianiem paszportu brytyjskiego. Zaczynająca dzień od szczegółowego i głośnego sprawozdania ze swojej cytologii czy też dolegliwości pierwszego dnia okresu i rozmiaru tamponu jakiego użyła. Służąca publiczną radą na temat własnych doświadczeń z zakresu odsysania tłuszczu, aborcji, powiększania piersi. Wszystko na forum publicznym, podczas normalnego dnia w pracy w pomieszczeniu pełnym młodych chętnych mężczyzn i nieco bardziej zażenowanych kobiet.
Leah mnie nienawidziła jeszcze zanim zaczęła ze mną pracować. Nie miała najmniejszych problemów powiedzieć mi w twarz, że uważała mnie za wredną sukę kiedy byłam klientem jej firmy. Teraz jestem jej ulubioną osobą ze wszystkich i z jakiegoś dziwnego powodu lgnie do mnie jak do starszej wytęsknionej siostry. I też nie ma najmniejszych oporów publicznie mi tego oświadczać.
Leah... kiedy na nią patrzę to spod tej wściekle czerwonej szminki, spomiędzy tych silikonowych piersi i spod tych siatkowych rajstop widzę małą przerażoną dziewczynkę rozpaczliwie szukającej kogoś, kto ją przytuli. Choć na chwilę. Z tej całej jej wściekłej agresji do świata, do ludzi, gdy rzuca paszportami o ścianę, gdy klnie na klientów, gdy kopie w biurko, gdy uderza pięścią w twarz swojego faceta w pubie pełnym ludzi... przebija tak niesamowita desperacja, że aż coś mnie przeszywa w środku. Co się tej dziewczynie musiało przydarzyć, że aż tak...
Leah, Leah, jesteśmy z tak różnych planet, a to mnie sobie wybrałaś na zwierzenia. Chciałabym móc cokolwiek poradzić, chciałabym uleczyć to wycie w Tobie. Ale nie mogę, nawet boję się za bardzo pozwolić Ci się zbliżyć bo mnie czasem przerażasz. Odmawiam, gdy po raz kolejny zapraszasz na drinka, życzę udanych wakacji gdy jedziesz do Grecji pieprzyć się bez pamięci z przygodnymi facetami. Wiesz, że oddzwonię i zostanę na telefonie zanim nie dotrzesz do domu. Gdy znów będziesz w środku nocy uciekać z jakiegoś przypadkowego łóżka.
eh, najgorzej to proszę Państwa jak się chce a nie wiadomo co,
jak się chce pisać a nie wiadomo o czym, więc ta notka to tak bardziej o niczym będzie
no bo dzień taki w sumie bez większych zdarzeń, w gazetach nudno, choć rozpędu nabiera skandal z kosztami parlamentarzystów, podobno jeden z Konserwatystów odpisał sobie koszt 115 funtów za wynajęcie fachowca do zmiany żarówek w swoim domu. Czekam więc na dowcip ilu parlamentarzystów potrzeba do wymiany żarówki ;o) Mam nadzieję, że sprawa rozwikła się do wyborów, bo właśnie dziś w poczcie karta do głosowania.
Recesja już się chyba wszystkim znudziła, zresztą naród wziął sobie chyba do serca apel o to, by nie zaprzestawać wydawania pieniędzy i UK ma już podobno najgorsze za sobą. Zobaczymy.
Temat świńskiej grypy też już chyba się wyczerpał, cholera jakoś nie chce rozprzestrzenić się w narodową katastrofę, pasażerowie metra olali panikę i masek nie noszą, więc jedyne czym media się jeszcze mogą ekscytować to, że dzieci w szkołach dokuczają sobie smsami
Możnaby jeszcze o policyjnym kucharzu Muzułmaninie, który pozywa Met Police do sądu bo musi gotować wieprzowinę, ale to też już w różnych wersjach było wałkowane.
W tej sytuacji muszę się chyba uciec do niezawodnego źródła tematów, a mianowicie moich ukochanych klientów! Oficjalnie rozpoczynam więc nowy cykl pt. przychodzi baba do lekarza... a właściwie: "dzwoni do mnie jeden klient i..."
Dziś dzwoni do mnie jeden klient i mówi:
- U was tam na stronie internetowej napisane że wasz adres to 138 Waterhouse Square*. Czy to dobry adres jest, prawdziwy?
.... yyyy
... Nie no, tak tylko sobie na stronie wywiesiliśmy, żeby ludzie swoje paszporty na zły adres wysyłali!
____
*adres nieprawdziwy w celu uniemożliwienia namierzenia :P
Proszę Państwa, dziś mam dla Was TAKIEGO newsa z drugiej strony gazety!
Na marginesie muszę przyznać, że mimo prawie już 10 lat w tym kraju wciąż co jakiś czas zdumiewa mnie co uznawane jest tutaj za godnego pierwszej strony. Co w ogóle uznawane jest za konieczne do umieszczenia w gazecie. No ale może to takie moje zboczenie niedoszłego dziennikarza?
No dobrze, do rzeczy. Newsem na dzisiaj jest więc to, że skradziono rower Davida Camerona, lidera partii konserwatywnej. I to po raz drugi. Tekst na pół strony, wraz ze zdjęciem. Z tekstu dowiadujemy się, że za pierwszym razem rower został skradziony sprzed supermarketu w Notting Hill. No i to nie był byle jaki rower przecież. 7 letni czarno srebrny Scott. Ja też lubię Scotty, ale David Cameron był podobno zdewastowany stratą wieloletniego przyjaciela. Na szczęście on i jego bezcenny rower zostali zjednoczeni kilka dni później, gdy rama bez kół została znaleziona wśród śmieci w pobliskiej alejce. Autor tekstu uznał za stosowne dodać, że kask też znaleziony został.
Następnie druga połowa tekstu w szczegółach opisuje nam drugą kradzież pechowego roweru pechowego Davida. Włączając w to wypowiedź niani, która widziała rower z rana jak szła do sklepu, ale jak wróciła to już go nie było. Na szczęście w potrzebie poznajemy przyjaciół i cały artykuł kończy się pozytywnym akcentem. Kolega z ławy parlamentarnej Desmon Swayne użyczył swój rower naszemu pechowcowi.
W Londynie co minutę kradziony jest rower. Historia więc, jakby nie patrzeć, na czołówki gazet.
"Get it off your txt" to już nieco kultowa społeczność londyńskich commuters. Zamiast siedząc w pociagu/metrze/autobusie* wydzwaniać do wszystkich znajomych z książki telefonicznej oznajmiając im, że właśnie jesteśmy w pociągu/metrze/autobusie* -można sobie codzienne złości/radości/frustracje* wyładować w smsie. A London Lite to wydrukuje.
"Get it off your txt" niezawodnie rozjaśnia mój dzień nawet po najcieższym dniu w pracy! "Get it off your txt" uzależnia na co dowodem są prośby o przysyłanie egzemplarza od tych, którzy miasto opuścili. ;o)
Mam tu niestety mały problem z językiem, bo często humoru tej rubryki nie da się przetłumaczyć na polski. Bo albo są to gry słów albo wymagałoby to wchodzenia w zbyt wiele szczegółów londyńskiej codzienności. No a wiadomo, tłumaczony żart przestaje być śmieszny. Będzie więc w oryginale, może z małymi komentarzami, niestety mała dyskryminacja czytelników z innych krajów i miast :P
______* * *
Metropolitan Police wprowadziło pilotażowy program w północnym Londynie: Policyjna eskorta do bankomatu.
Jeśli mieszkasz w okolicach Wanstead i Snaresbrook i boisz się do bankomatu podejść sam, możesz zamówić sobie towarzystwo policjanta. Po skorzystaniu z bankomatu policjant odprowadzi cię prosto do domu. Program wprowadzony został jako odzew na 19% wzrost ilosci napadów rabunkowych w tych dzielnicach.
Z plataktu reklamującego program: "Eskorta policji może być tylko z banku do domu, na piechotę. Z przykrością informujemy, że policjant nie może zrobić z tobą zakupów."
Hmmm..........
Kochani Czytelnicy!
Nie da się ukryć. Oto jestem spowrotem ;o)
Moja potrzeba pisania, głód języka ojczystego i codzienne kłębowisko myśli różnych okiełznać się nie dało.
Minęło pół roku od zamknięcia mojego kilkuletniego bloga, z którym ja, jak i wielu z Was jakoś tam się sentymentalnie związało. Minęły długie zimowe miesiące. Nie wiem czy jestem już po drugiej stronie ale najgorsze chyba już za mną. Niezbitym dowodem na to, że wracam do życia jest przecież to, że znów piszę, znów robię zdjęcia.
Potrzebny więc był nowy początek. Tu, mam nadzieję, będzie o wiele mniej sentymentalnie i mniej osobiście. Może nawet bardziej zabawnie? No takie przynajmniej jest założenie, hahaha!
Witam. To the other side of me.
Infinity Girl
dawniej: autor_ka ;o)
***
PS
"Infinity" trudne słowo! Gdy rejestrowałam tego bloga wkradł mi się typo. Byłam nawet zaskoczona, że ta nazwa jest wciąż dostępna. No i teraz będzie z błędem, póki nie znajdę gdzieś dostępnej! :P